wtorek, 12 lutego 2013

Leniny wszystkich epok, łączcie się | uwazamrze.pl

Leniny wszystkich epok, łączcie się | uwazamrze.pl

Leniny wszystkich epok, łączcie się

Andrzej Urbański 10-02-2013, ostatnia aktualizacja 10-02-2013 15:00
  •              Stocznia w Gdańsku przeszła do historii nie dlatego, że wodowała,          ale dlatego, że obalała. I to nie byle kogo, ale właśnie Lenina.


     Jakiś czas temu władza powiesiła na stoczniowej bramie w mieście Gdańsku dumny napis „im. Lenina", co rozeźliło ludzi „Solidarności", którzy napis palnikami zbezcześcili i wycięli. Wkurzona władza skierowała więc wnioski do prokuratury, a policja naszła związkowców w ich siedzibie, aby wreszcie uregulować historyczne rachunki krzywd i odzyskać stosowne metalowe litery. 
To wszystko nie działo się w czasach Stalina, kiedy „Lenina" przybito do bramy, ani w epoce Gierka, kiedy stoczniowcy po raz pierwszy publicznie pokazali wała władzy, ani za Jaruzela, kiedy do obrony „Lenina" rzucono czołgi i uzbrojone w kałachy hordy. Historia z napisem dzieje się w epoce Tuska i jego wiernych pretorian rządzących biednym nadmorskim ludem. „I to by było na tyle", jak mawiał profesor Stanisławski, szczególnie że prokuratura umorzyła postępowanie, uznając, że stoczniowcy nie popełnili przestępstwa, odcinając i bezczeszcząc. Byłoby, gdyby nie „Wyborcza", która uznała, że to skandal, gwałt na świętym prawie własności i chamstwo, aby jacyś bliżej nieznani na Czerskiej robole, decydowali, co będzie wisiało na historycznej bramie. 

    Komentarz „Wyborczej" w tej sprawie zasługuje na pamięć potomnych, gdyż – o zgrozo – „sposób rozumienia historii przez związkowców jest nie mniej ważny niż wola właściciela obiektu, czyli władz Gdańska". A najgorsze, że „Teraz związkowcy, uzbrojeni w tę świadomość przez prokuraturę, Lenina nie zaakceptują już pod żadnym pozorem". Kto redaktora uczył historii? Kto zapomniał mu powiedzieć, że robotnicy nie przerazili się w kwestii Lenina ani czołgów, ani Jaruzela i jego kohort, ani nawet Moskwy i Breżniewa? Jakim cudem nie zauważył, że ci sami ludzie czas jakiś temu wzięli udział w obaleniu systemu, który Lenin stworzył i którego był symbolem do dni jego, sowietyzmu, ostatnich? Kto więc owo umysłowe myślątko wpuścił na łamy i wyposażył w moc głoszenia tych kuriozalnych tez? Kto komu pomieszał i przestawił? I dlaczego Biuro Polityczne nie przywołało do porządku? Przecież „centralizm demokratyczny" wyklucza w zasadzie, aby ktoś poza centralą przy Czerskiej „uzbrajał w świadomość" kogokolwiek. I ten wielki żal, lament, rozpacz kosmiczna, że ludzie „Lenina nie zaakceptują już pod żadnym pozorem". O jojoj, o rety, co za myślozbrodnia. I wreszcie dlaczego z kodeksu karnego zniknął wiekopomny paragraf o obrażaniu wodza rewolucji i narażaniu na szwank naszych sojuszy z Sowietami? Przecież gdyby pozostały, prokuratura musiałaby wsadzić nieposłusznych roboli do więźnia na kilka lat bez wyroku. 

     W jakim to znękanym nadmiernym myśleniem umyśle powstała idea rekonstrukcji Lenina na stoczniowej bramie, nie wiadomo. Umysł to musi być wyjątkowo wybitny, geniusz na nasze możliwości i warunki, twór pochodzący ewidentnie z czasów Stanisława Barei, jednym słowem postać zasługująca na upublicznienie i upamiętnienie. Proponuję, aby go trzymać w formalinie obok pana Adamowicza i Lenina i pokazywać przyjezdnym za ciężkie euro od sztuki. Bo przecież jeżeli chodzi o prawdziwą historię, to dla stoczni niepomiernie ważniejszy byłby Ferdinand Schichau, w którego dokach stworzono pierwszy niemiecki dredonod „Baden", a potem powstał „Graf Spee" i cała masa nowoczesnych U-Bootów. Zdecydowanie ładniejsza od pierwszego bolszewika byłaby zaś nazwa „Kaiserliche Werft", widniejąca na stoczni od 1844 r. 
Rzecz w tym jednak, że stocznia przeszła do światowej historii nie dlatego, że wodowoła, ale dlatego, że obalała. I to nie byle kogo, ale właśnie Lenina. I cały ten potworny twór, który z bezlitosną siłą i terrorem stworzył. Nie dlatego świat wie o istnieniu Wałęsy, że się z komunistami dogadywał, ale że ich spuścił po rynnie w wieczystą niepamięć. A nie zrobiłby tego, gdyby nie stanęli za nim najpierw stoczniowcy, a potem miliony innych. Sam na sam ze sobą Wałęsa mógłby się do dzisiaj bawić wielkim długopisem w jakiejś zapomnianej dziurze.

      Lenin znów dzieli Polaków, a jego wrogowie jątrzą i śmią mieć jakieś własne zdanie
Dożyliśmy więc czasów, kiedy Lenin znowu dzieli Polaków, a jego wrogowie jątrzą i śmią mieć jakieś własne zdanie, co zasługuje na potępienie wszystkich oświeconych i postępowych sił na świecie. 
Oczyma duszy już widzę te wiece na Times Square, na Polach Elizejskich i głównych placach w Moskwie i Berlinie. Masy z czerwonymi flagami, portretami Wodza i egzemplarzami „Gazety" protestują przeciwko polskim wichrzycielom, Kontrrewolucjonistom, obalaczom sowieckiej władzy... I jednym wielki głosem skandują, że domagają się uświęcenia, uwznioślenia i przywrócenia ich patrona na właściwym miejscu nad historyczną bramą. A jego wrogów niech spotka zasłużona kara, czego osobiście już dopilnuje słynny znawca stalinowskich metod, sędzia Tuleya. On też napisze stosowne uzasadnienie, które przeczytamy na pierwszej stronie naszej najważniejszej „Gazety".

Wszystkie odloty Adama Michnika | uwazamrze.pl

Wszystkie odloty Adama Michnika | uwazamrze.pl

Wszystkie odloty Adama Michnika

Marcin Hałaś 10-02-2013, ostatnia aktualizacja 10-02-2013 15:00
źródło: Forum
autor: Marek Lapis  

         Adam Michnik próbuje wracać, ale wraca tylko jako klown. Jego teksty już dawno przestały odwoływać ministrów, ba, nie trafiają nawet do przeglądów prasy w większości mediów.  


    Putin przypomina mi Jarosława Kaczyńskiego: podobna bezwzględność, cyniczna zdolność do okrucieństwa, upodobanie we władzy" – ogłosił niedawno redaktor naczelny „Gazety Wyborczej". Tego typu stwierdzenia młodzież podsumowuje powiedzeniem: „Ciekawe, jakie zioło jarał i gdzie można to kupić".



  •     Czytając najnowsze teksty publicystyczne Adama Michnika, można odnieść wrażenie, że redaktor naczelny „Gazety Wyborczej" odleciał w kosmos własnych wyobrażeń. Jednak tak naprawdę rzeczywistość jest dla niego jeszcze bardziej brutalna: Michnik coraz szybciej odlatuje na margines publicznej debaty. Opublikowana kilkanaście dni temu korespondencja Adama Michnika i Michaiła Chodorkowskiego nie pozostawia wątpliwości, że trzeźwość ocen łatwiej zachować, siedząc w rosyjskiej kolonii karnej, niż ciesząc się niczym nieskrępowaną wolnością w III RP.  


   Aktywność Adama Michnika jako samozwańczego demiurga polskiej sceny politycznej, działalność Michnika w roli „wielkiego rozdającego", wyznaczającego tory myślenia „statystycznego polskiego inteligenta" oraz jego (Michnika) wpływ na społeczno-polityczną rzeczywistość w naszym kraju zostały już dokładnie opisane i zdiagnozowane. Dość odwołać się chociażby do książki tak podstawowej jak „Michnikowszczyzna. Zapis choroby" Rafała Ziemkiewicza. Równie dokładnie wskazany został moment, w którym Michnik spadł z piedestału: cezurę stanowiła tzw. afera Rywina i przesłuchania przed parlamentarną komisją powołaną do jej zbadania. Zapewne powoli czas na appendix do dzieła Ziemkiewicza: Kronikę rekonwalescencji.  


Dziś Michnik próbuje powracać, ale wraca już tylko jako klown. Tutaj uwaga: znane jest upodobanie szefa „Wyborczej" do odpowiadania polemistom pozwami sądowymi. Zatem wytłumaczę, aby nie było wątpliwości, że jest to publicystyczna opinia, a nie naruszenie dóbr osobistych. Otóż klown to figura, która rozśmiesza; czasami w taki sposób, że widzowi opadają ręce. Kiedy Adam Michnik pisze, że Władimir Putin przypomina mu Jarosława Kaczyńskiego (w takiej właśnie kolejności), a PiS – Komunistyczną Partię Polski, czuję się jak na występie klowna, celującego w absurdalnym slapsticu. Właściwie powinienem się śmiać, ale wobec poczucia bezsensu opowiedzianych dowcipów – opadają ręce.      


Certyfikat Kiszczaka    

    Adam Michnik lubił się odwoływać do Zbigniewa Herberta, zdarza mu się to nadal, chociaż w kwestiach ideowych Książę Poetów nader ostro podsumował redaktora „Wyborczej" („Michnik to intelektualny oszust"). Jest taki tekst Zbigniewa Herberta zatytułowany „Stary Prometeusz". Według niektórych polonistów autor „Raportu z oblężonego miasta" ezopowo poświęcił ten liryk prozą Władysławowi Gomułce. Najlepsi monografiści Herberta (jak Bohdan Urbankowski) interpretacji takiej nie podzielają. Nie wiemy zatem, czy pisząc „Starego Prometeusza", Herbert rzeczywiście myślał o Gomułce, wydaje się jednak pewne, że pointę tego wiersza można obecnie odnieść do Adama Michnika: „Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób wyrażenia niezgody na świat". Ten cytat wymaga dwóch komentarzy: po pierwsze, w ujęciu Herberta stary Tytan nie jawi się bynajmniej jako postać jednoznacznie pozytywna, albowiem „na ścianie wypchany orzeł i list dziękczynny tyrana Kaukazu, któremu dzięki wynalazkowi Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto". Od kogo papier mógłby powiesić nad kominkiem Adam Michnik? Podziękowania Czesława Kiszczaka za wystawienie świadectwa honoru? Po drugie: do obecnej postawy Michnika od słów „śmieje się cicho" bardziej pasowałoby „chichocze". To chichot tyleż nienawistny, co bezsilny.

      Zapewne największym upokorzeniem, jakie przełknąć musi Adam Michnik, jest fakt, że jego teksty przestały już być faktami społeczno-medialnymi. Nie są w stanie odwoływać ministrów, kreować nowych wydarzeń (bądź chociażby fantasmagorii) politycznych, co więcej – nie trafiają nawet do „przeglądów prasy" w większości mediów. Michnik musi się pogodzić z sytuacją, kiedy jego opinia jest tylko jednym z wielu głosów, co więcej – głosów mniej liczących się niż analizy Jadwigi Staniszkis, Zdzisława Krasnodębskiego albo Andrzeja Zybertowicza. Bo jeżeli wymieniona trójka stara się w swoich komentarzach i diagnozach elastycznie reagować na zmieniającą się rzeczywistość – odczytywać ją oraz interpretować, to Adam Michnik pozostaje już tylko przewidywalny  – do mdłości.

Obsesyjne pragnienie zemsty  

       Michnik pragnie zemsty na autorze swego upadku – Jarosławie Kaczyńskim, wydaje się, że jest to dziś podstawowe paliwo jego działalności. I znów, z ostrożności procesowej, wyjaśnijmy te sformułowania. Autor upadku – czyli człowiek, dzięki którego działalności koncepcja Polski i jej rozwoju, jaka od dawna prezentowana jest na łamach „Gazety Wyborczej", przestała być tak dominująca, że niemal jedyna. Pojawiła się w życiu politycznym inna, atrakcyjna i przekonująca wizja Polski opartej na etosie chrześcijańsko-niepodległościowym, która będzie przyciągać coraz więcej zwolenników, bez względu na to, jakich określeń (np. „sekta smoleńska", „lud smoleński") użyje wobec nich „GW". Zemsta, jaką uprawia Michnik, to zemsta publicystyczna, polegająca na obsesyjnym przyrównywaniu swego oponenta do najgorszych wzorców i postaw; nosi więc cechy działalności kompensacyjnej. Zapewne jakąś cezurą w tym zakresie był ułożony przez Michnika w czerwcu 2008 r. „spis wrogów", zatytułowany „A to moje typy:". Ta publikacja nawiązywała do felietonu Stefana Kisielwskiego z roku 1984, który swoją wypowiedź ograniczył jedynie do listy nazwisk – ludzi szczególnie „wrednie" zaangażowanych w ówczesną machinę komunistycznej propagandy. Zabieg taki był genialnym wydrwieniem cenzury, która wykreśliłaby każdą krytyczną uwagę o personach z „listy Kisiela".

       Na liście Michnika znaleźli się m.in.: Jarosław Gowin, Jarosław Kaczyński, Janusz Kurtyka, Antoni Macierewicz, Ryszard Legutko, o. Tadeusz Rydzyk, Jadwiga Staniszkis, Tomasz Terlikowski, Jacek Trznadel, Zbigniew Ziobro, Andrzej Zybertowicz. Nie da się ukryć, że „osobistym wrogiem Michnika nr 1" (w sensie ideowym) był, jest i pozostanie Jarosław Kaczyński. Niechęć do niego jest tak wielka, że atakując Kaczyńskiego, Michnik najczęściej „odlatuje w kosmos". I to w dalekie rejony innych galaktyk. W opublikowanych niedawno listach do Chodorkowskiego naczelny „Wyborczej" napisał: „Natomiast Putin przypomina mi Jarosława Kaczyńskiego: podobna bezwzględność, cyniczna zdolność do okrucieństwa, upodobanie we władzy". Ciekawe, jakie zadośćuczynienie wygrałby przed sądem prawnik Agory mecenas Piotr Rogowski, gdyby postanowił zmienić pracodawcę i reprezentować racje prezesa Prawa i Sprawiedliwości, uznając, że słowa „cyniczna zdolność do okrucieństwa" naruszają dobra osobiste powoda? Taka konstrukcja intelektualna: Putin przypomina Kaczyńskiego, to już nie tylko jawny absurd, to znacznie więcej: błazeństwo, które trudno nawet wytłumaczyć zaślepieniem. Michnik pisze do człowieka, który w kolonii karnej znalazł się – pozbawiony całego majątku – w Rosji Putina i za sprawą systemu firmowanego przez Władimira Władimirowicza. Ile osób trafiło do kolonii karnej na wieloletnie więzienie w Polsce Kaczyńskiego? Oczywiście można brnąć w populistyczne brednie á la Kutz czy Kalisz i twierdzić, że Blida to „prawie jak Politkowska", niemniej warto pamiętać, że wszystkie postępowania prowadzone przez prokuraturę „w Polsce Tuska" w sprawie działań organów państwa pod rządami Jarosława Kaczyńskiego skończyły się umorzeniami.

Zaplątany w komunizm  

     Odlot kolejny: „Jak posłuchać Jarosława Kaczyńskiego i Leszka Millera, analizować ich sposób mówienia, język, to Miller jest opozycyjnym politykiem w demokratycznym kraju. A Kaczyński to jest KPP-owiec! Cokolwiek by zrobił rząd Kwiatkowskiego, Sławoja-Składkowskiego, Prystora czy Narutowicza – było dla KPP bez znaczenia; komuniści i tak mówili, że to wszystko jest nasilający się wyzysk klasy robotniczej i ludu pracującego miast i wsi. Oni państwo odrzucali a limine. Dzisiaj jest to logika PiS-u – czeka na katastrofę państwa, nie chce przyłożyć ręki, by cokolwiek zmieniło się w Polsce na lepsze" – peroruje Michnik w wywiadzie zatytułowanym „Ile wolności dać przeciwnikowi". W całym tym wywodzie znajdziemy ciekawy element: oto Michnik jednym zdaniem zdemolował cały mit KPP, na jaki od 1956 r. pracowały pokolenia propagandzistów: nie tylko partyjnych. W tym ujęciu członkowie KPP byli „dobrymi komunistami": idealistami, którzy nie ulegli „wypaczeniom" ani „kultowi jednostki", ich działania wynikały zaś ze szlachetnych oraz idealistycznych motywacji. Taka wizja wywiedziona została z faktu, że część działaczy KPP była represjonowana w czasach stalinowskich czystek. Po drodze pomijano kardynalną zasadę: śmierć z rąk gangsterskich nie jest automatyczną przepustką do rehabilitacji i chwały, gdyż na tej zasadzie zyskiwałyby ją wszystkie ofiary wewnątrzmafijnych porachunków.      
     Oczywiście można z Adamem Michnikiem polemizować – PiS nie czeka na katastrofę państwa, ale stara się przeciwdziałać kompromitacji państwa oraz objawom i skutkom jego słabości w różnych dziedzinach; jednak czy warto dyskutować z kimś, kto tak naprawdę tego typu stwierdzeniami zamyka pole wszelkiej debaty?

     Inna rzecz, że we własnych argumentach (a raczej epitetach) Michnik zaczyna się gubić; wydaje się, że jego tekściki pisane są doraźnie, a więc pejoratywy także padają doraźnie – w zależności od tego, kogo w danej chwili autor zamierza zdzielić polemicznym cepem. Bo oto równocześnie ukazał się wywiad, w którym Michnik zdyskwalifikował KPP-owców oraz komentarz (oświadczenie?) Michnika pod tytułem „Są też uczciwi endecy". Tamże przeczytać można było: „Przy oczywistych słabościach niemal wszyscy uważali, że RP jest wspólnym dobrem. Wyjątkiem byli ONR-owcy i stalinowscy komuniści. Ci chcieli państwo zdestruować i zastąpić totalitaryzmem na wzór Mussoliniego bądź Stalina". Egzegeta tekstów Michnika musiałby odnotować, że tym samym guru salonu wreszcie zanegował sens oksymoronicznego stwierdzenia „dobry komunista", uznając, że „źli" byli zarówno ci z KPP, jak i „stalinowscy". Porównanie Prawa i Sprawiedliwości do KPP Michnik powtórzył także w tygodniku „Wprost". 

Elektorat topnieje.

      Swego czasu trefnisie żartowali z autografu Adama Michnika wysłanego w kosmos, na jeden z księżyców Saturna – Tytana. Dzisiaj można jego działalność skwitować witzem, że sam naczelny „Wyborczej" niechybnie podążył w ślad za swoim podpisem. Jeden z tekstów-wykładów ogłoszonych w ostatnich latach przez Michnika nosił tytuł „Mowa pogrzebowa nad grobem IV Rzeczypospolitej", autor znów porównywał w nim tzw. projekt IV RP z Rosją Putina. Jeśli chodzi o mowy pogrzebowe – kilka pożegnalnych zdań należy się raczej Adamowi Michnikowi. Odszedł z grona poważnych publicystów, zasilił grono „pałkarzy" typu Kazimierz Kutz, Stefan Niesiołowski albo Roman Giertych. Z jedną różnicą: ten ostatni jest jeszcze w stanie szkicować jakieś projekty polityczne. Michnik niczego już nie nakreśli, walcząc z Kaczyńskim, jedynie odracza własny koniec. Bo jeżeli partia Jarosława Kaczyńskiego powróci do władzy, cóż pozostanie autorowi słynnych słów „Odpieprzcie się od generała"? Skoro cały zapas sztachet, cały zasób jadu – już zużył, czym jeszcze może się posłużyć? 

    W jednym z wywiadów zadeklarował: „Moją partią była Unia Demokratyczna czy Unia Wolności, które zniknęły z mapy. I dziś moja partia nazywa się »Gazeta Wyborcza«, nie mam innej partii". Raporty Związku Kontroli Dystrybucji Prasy – elektorat Michnika topnieje. Prometeusz chichocze cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób wyrażenia niezgody na świat.

Cytaty z Michnika 

   Generał [Kiszczak] jest człowiekiem honoru. Gen. Kiszczak dotrzymał wszystkich zobowiązań, jakie podjął przy Okrągłym Stole. To były najważniejsze dni w jego życiu. Szef bezpieki negocjował ze swoimi więźniami. Przyjął zobowiązania i dotrzymał słowa aż do bólu. Po 1989 r. nigdy nie zawiódł zaufania. [Gen. Jaruzelski] Też.

Mnie wolno powiedzieć, że generałowie Kiszczak i Jaruzelski to ludzie honoru, bo ja byłem ich ofiarą. 


    I chcę powiedzieć, Wysoka Izbo, że w niektórych wystąpieniach, niestety także moich kolegów posłów z OKP, z przerażeniem usłyszałem ten ton, który słyszałem w prokuratorskich przemówieniach wtedy, kiedy sam siedziałem na ławie oskarżonych. Znam ten ton dobrze, bardzo się go boję... chcę powiedzieć, że w niektórych głosach, o czym mówię z bólem, usłyszałem coś, co bym nazwał antykomunizmem jaskiniowym. Jestem antykomunistą, mówiłem o tym wielokrotnie i chcę powiedzieć, że jako antykomunista tej jaskiniowości się boję. (...). W stanie wojennym po 13 grudnia i siedząc w kryminale, nie byłem aż tak odważny, żebym dzisiaj musiał być aż tak odważny.
     Miał być premierem z Krakowa, a w końcu jest przewodniczącym Związku Wypędzonych z Lufthansy.


Mogę żałować, że wielu moich znakomitych kolegów bez zastanowienia kandydowało do Sejmu. Gdyby się wcześniej zastanowili, to być może mielibyśmy dziś świetnego historyka, specjalistę od Indian peruwiańskich –     Antoniego Macierewicza, zamiast gorszącej afery z teczkami, być może mielibyśmy znakomitego mecenasa Jana Olszewskiego, miast gorszącej afery z kryzysem rządowym i rządu zajmującego się głównie dekomunizacją.
Nacjonalizm epoki postkomunizmu może mieć twarz nostalgicznego komunisty Miloševicia, postsowieckiego dyktatora Putina, postsowieckiego antykomunisty Orbána i Jarosława Kaczyńskiego – może mieć różne twarze.
Gdybym ja chciał redagować całą „Gazetę", to ona miałaby niewielką sprzedaż i podobne wpływy z reklam.


              Odpieprzcie się od generała !!!!!!!


Ja mam do południa jedno zdanie, a po południu drugie.
Jak się rozmawia z Anglikiem, to się rozmawia po angielsku. Jak z Rywinem, to po Rywinowemu. Znam knajacki język – spędziłem sześć lat w więzieniach i miałem gdzie się tego nauczyć.

Kto zburzy Bastylię? | uwazamrze.pl

Kto zburzy Bastylię? | uwazamrze.pl

Kto zburzy Bastylię?

Andrzej Urbański 10-02-2013, ostatnia aktualizacja 10-02-2013 15:00
źródło: AFP
autor: Pedro Armestre
Liberalizm uprawiany przez Tuska infekuje państwo bezradnością
Największą, najstaranniej ukrywaną tajemnicą – i to bez różnicy, czy będziemy mówili o czasach panowania Edypa czy o współczesności – jest zawsze bezradność władzy.
Jak wiadomo, Edyp został wynajęty przez Teban, aby uwolnić miasto od złej klątwy, niestety, poniewczasie okazało się, że to on był przyczyną wszelkich nieszczęść i kataklizmów, jakie spadły na obywateli. Ta metafora doskonale pasuje do Donalda Tuska i jego rządu – w czasach kryzysu systemowego ta forma liberalizmu, w którą premier wierzy, nie jest rozwiązaniem, ale fundamentalną częścią problemu. Chodzi bowiem o lawinowo narastającą nierównowagę między rynkiem a państwem, konsumentami a obywatelami, pęczniejącym w spekulacyjne bańki kapitałem a strukturalnie kurczącym się obszarem pracy. Liberalizm, jaki uprawia Tusk, infekuje państwo bezradnością, lękiem przed zdecydowanymi działaniami, zachwytem, że z kranu płynie ciepła woda, podczas gdy w Europie i w świecie toczy się spór o ustalenie całkowicie nowych reguł gry z rynkiem. Przykładem może być pozew rządu USA przeciwko agencji ratingowej, której entuzjastyczne oceny przyczyniły się do finansowego kryzysu. Albo konflikt o podatek od transakcji finansowych, który dzieli unijne elity bardziej niż cokolwiek innego. I kolejne sądowe wyroki w sprawie nielegalnego fałszowania stawki Libor, sięgające już ponad 2 mld euro kar wymierzonych znanym bankom. Ale najbardziej jaskrawym przykładem tego, jak demokratyczne państwa ruszyły na wojnę z rynkiem, jest gwałtowna rezygnacja z fikcji niezależności centralnych banków... W tym Europejskiego Banku Centralnego, który łamie własne zasady, aby wspomóc konkretne państwa strefy euro w walce ze spekulantami.
Wojna demokracji z rynkiem
Państwa na wojnę z rynkiem ruszyły z konieczności, kiedy splajtowały obietnice neoliberalnych ideologów, że rynek, jeżeli mu się na to pozwoli, zdejmie z demoliberalnych państw wszelkie problemy i kłopoty. W praktyce okazało się, że jest inaczej. Deregulowany rynek, szczególnie w obszarze transakcji finansowych, okazał się jak Golem – zbyt wielki, aby upaść i nie zniszczyć wszystkiego na swojej drodze upadku, a jednocześnie, po katastrofie z kredytowaniem nieruchomości bez pomysłu, jak z odpowiednim zyskiem inwestować rosnące z dnia na dzień nadwyżki finansowe. To dlatego nie ruszają ani inwestycje, ani nowe miejsca pracy. Według analityków ilość pustego pieniądza w połączeniu z długiem publicznym i prywatnym przekracza statystycznie normy z dnia, kiedy zaczął się wielki kryzys. Tym razem recesja i strukturalne bezrobocie wyprzedziły krach na giełdzie tylko dlatego, że państwa ratują banki, zanim dojdzie do najgorszego. Czyniąc tak, budują jednak inny gigantyczny problem – ograbiają z oszczędności i szans rozwoju klasę średnią. Dług publiczny nakładany jest na kolejne, jeszcze nieistniejące pokolenia, podczas gdy tu i teraz rozwierają się nożyce nierówności. Majątek, jaki jest w prywatnych rękach górnego 1 proc. społeczeństw, oscyluje między 50 a 70 proc. całej wartości zgromadzonej przez demokratyczne narody. Ta piramida stoi na swoim czubku i każdy wie, że gwarantuje to jej szybki i bolesny upadek.
Konflikt jest nieuchronny
Do tej pory przed wybuchem chroniła nas ilościowa ekspansja klasy średniej, to ona stabilizowała demoliberalny system i buforowała go przed nadmiernymi napięciami i awariami. Była jak wielki lejek – od dołu kusiła wszystkich szansą na awans, od góry pozwalała wybrańcom przedostać się w świat oligarchów. Badania są jednak bezlitosne – od lat 70. czubek lejka się wydłuża, podczas gdy jego szeroki spód się spłaszcza. Klasa średnia stoi w miejscu, ale co gorsza, nie jest w stanie zagwarantować własnym dzieciom reprodukcji dotychczasowego statusu. Dopóki wierzyliśmy w mit, że nie radzą sobie tylko nieudacznicy, wszystko było w porządku. Teraz w Hiszpanii się okazało, że nie radzi sobie całe pokolenie, co drugie nasze dziecko jest bez pracy i szansy, że to się szybko zmieni. To nie jest bezrobocie marginesów, ale samego centrum systemu. Jego serce i krew, bez których istnieć nie może. Jak pisał w poprzednim numerze Maciej Gierej – system zamknął ścieżki kariery i awansu, broniąc z całej mocy status quo. Nie chodzi więc o same rosnące nierówności, czyli o grupy tradycyjnie wykluczone i zmarginalizowane, ale o wykluczenie z sukcesu tych, którym obiecano, że jeżeli spełnią pewne minimum (np. wykształcenie), to rynek zaoferuje im takie same atrakcje jak ich rodzicom. Teraz słyszą o braku możliwości rozwoju, o szklanym suficie, o gigantycznym murze, którym odgradza się od nich wyższa klasa średnia, która korzysta z rosnącej spekulacyjnej bańki finansowej i tak jak w Grecji przerzuca tezauryzowane środki, wykupując nieruchomości w centrum Londynu. Lub jak Gerard Depardieu uciekający z majątkiem pod opiekę Putina.
Ten mur to nowa jakość w demoliberalnym systemie i im  wyraźniej zacznie oddzielać górne kilka procent establishmentu od całego społeczeństwa, tym pewniejsza reakcja masy wykluczonych. Dopiero stan wykluczenia z sukcesu w połączeniu z arogancją świata luksusu tworzy tradycyjną mieszankę wybuchową. Przypomina to reakcję chemiczną, której nikt już nie potrafi zatrzymać.
Konflikt jest autentyczny, nikt go nie wymyślił, nie ma żadnego spisku, a struktury społeczne nie kłamią i nie manipulują, one ustalają się w ciągłym ruchu i czasami – jak płyty tektoniczne na uskoku – zaczynają o siebie trzeć z zadziwiającą mocą. Efektem jest powszechne zniszczenie. Struktury społeczne „dzieją się" prawdziwie, zazwyczaj toczą swój los raczej nieświadomie i nawet jeżeli biorą udział w mocnym konflikcie, to dopiero jego ujawnienie, nazwanie jest koniecznym warunkiem skoku z krainy konieczności w świat wolności.
Status quo bronią konkretni ludzie, instytucje, grupy interesów, lobbyści, spekulanci i grabieżcy. Wystarczy sprawdzić krok po kroku, kto konsekwentnie od Okrągłego Stołu krzyczy, że nic nie należy zmieniać. Nic i nikogo. Kto bał się pierwszych demokratycznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych, wołając, że pacta sunt servanda. Kto do dziś twierdzi, że nie było żadnych spółek nomenklaturowych, prywatyzacyjnych przekrętów, układów i zmów drogowych, a Rywin, kiedy odwiedzał Michnika, opowiadał mu tylko smaczną krotochwilę. W indeksie łatwo będzie odnaleźć te same nazwiska polityków, publicystów, autorytetów, niezmiennie udowadniających, że system jest najlepszy z możliwych, a każdy, kto pragnie jego zmiany, to łajdak i faszysta. Kto wspierał wszystkie rządy poza tymi dwoma, wiadomo jakimi... Równie łatwo można sprawdzić, kto na obronie status quo korzystał. Establishment III RP nie ukrywa się w żadnych piwnicach, odwrotnie, lubi błyszczeć we fleszach i telewizyjnych reflektorach, wynajmuje za sute napiwki swoje „autorytety" i ekspertów gotowych wszystko poświadczyć.
I ma do tego prawo. Takie są demoliberalne reguły gry, nikt nie może zabronić sprowadzać do Chelsea piłkarzy za setki milionów euro, podczas gdy ci biedniejsi muszą się zadowolić znacznie tańszymi. Dopóki jednak ci inni także mają szansę na zwycięstwo, nikt nie kwestionuje status quo. Wystarczy jednak, że ktoś zmonopolizuje sukces w Premier League, a cały system zawali się jak domek z kart.
Wszystko się więc zmienia, kiedy establishment blokuje konieczne zmiany i reformy, ponieważ mogą mu zagrażać. Kiedy zwalcza jednostki, radzi sobie bez problemu, ale kiedy będzie musiał się zmierzyć ze zrewoltowanymi strukturami społecznymi, jego szanse maleją do zera. Staje się wtedy jedną ze stron konfliktu strukturalnego, w którym racje przestają się rozkładać symetrycznie, a pierwszą ofiarą wojny zawsze padają stare reguły gry.
Wszystko też się zmienia, kiedy ta druga strona domagająca się reform jest wykluczana, marginalizowana, uznawana za antysystemową. To również oznacza radykalną zmianę demokratycznych reguł gry, a system z wewnątrzsterownego, czyli reformującego się samodzielnie, przemienia się w system zewnątrzsterowny, to znaczy wymagający interwencji spoza tradycyjnych instytucji dbających o dostosowanie i poprawę status quo. Do takiej sytuacji doprowadzili wspierani przez liberałów postkomuniści na Węgrzech, nie tylko fundując krajowi gospodarczą katastrofę, lecz także doprowadzając do społecznego buntu i własnej anihilacji politycznej. W podobną stronę zmierza kilka państw strefy euro i można tylko obstawiać, gdzie wcześniej dojdzie do wybuchu – w Portugalii, Grecji czy Hiszpanii. Wszędzie tam zagrożona jest cała klasa polityczna.
Władza, która nic nie wie
System próbuje się przedstawiać jako bezosobowe reguły gry, podczas gdy wszystko dzieje się wśród konkretnych ludzi i grup społecznych, w gęstej sieci wzajemnych relacji, gdzie jednych się nagradza, czyni zwycięzcami, a innych stygmatyzuje przegraną, opisując jako ofiary tej systemowej gry. W ten właśnie sposób nadal opisuje się przeciwników rządu Tuska – jako pokrzywdzonych przez system, bezradnych, pozbawionych umiejętności osiągania sukcesu, gorszych i skazanych na klęskę. Kiedy jednak się okaże, że ten opis pasuje do większości klasy średniej, będzie już za późno na korektę tej metodologii neutralizowania zagrożenia. Ten podział ma charakter klasowy, ale w innym, niemarksistowskim sensie. Tym razem nie chodzi bowiem o własność środków produkcji, które migrują wraz z kapitałem, ale o użyteczność i używalność. O to, jakie grupy społeczne system potrafi skutecznie zagospodarować. To on wszak dysponuje pulą na uczestnictwo w sukcesach i pulą dla przegranych i grzęznących w kłopotach. Kiedy więc ta pierwsza maleje, a ta druga dramatycznie rośnie, pojawia się nieodparte przekonanie, że ci pierwsi są wrogami tych drugich. W takich chwilach demoliberalna machina musi kogoś rzucić na pożarcie, aby zaspokoić słuszne społecznie oczekiwania.
Władza z samej swej istoty musi panować nad rzeczywistością, choć w każdym ze znanych systemów inaczej określa się zakres rzeczywistości, którą władza pragnie lub musi kształtować. Władzy powierzamy kierownicę wielkiego pojazdu, w którym wszyscy siedzimy, wierząc, że pewnie i bezpiecznie dowiezie nas do wyznaczonego punktu. Niestety, po drodze czekają na nas różne drogowe niebezpieczeństwa, mniejsze lub poważniejsze, a czasami nawet katastrofy.
O dwóch najczęściej zapominamy. Kiedy władza jest nadsterowna i sądząc, że wszystko może, potrafi doprowadzić do sytuacji, kiedy tył pojazdu wyprzedza jego przód, czyli traci nad nim całkowicie kontrolę. Inaczej się zachowuje, kierowca kiedy z lęku przed śmiałym manewrem doprowadza do podsterowności i pojazd wyrzuca z jezdni na zwykłym łuku. Nie ma drogi bez zakrętów, a władzy, która nie potrafi ich pokonać, nie powinniśmy powierzać kierownicy.
I nieważne, czy czyni tak z obawy przed własną niekompetencją, ze strachu przed skutkami koniecznego manewru czy z brawury.
Władza nie zawsze mówi o tym, co wie, w wyjątkowych sytuacjach z powodu poufnej, a nawet tajnej natury podjętych przedsięwzięć, ale nigdy, przenigdy nie mówi o tym, czego nie wie. Premiera, który oznajmiałby obywatelom, że nie wie, co ma robić, jego właśni poplecznicy wsadziliby w kaftan bezpieczeństwa i natychmiast wymienili na innego. To dlatego do sztuk władzy należy udawanie, że pewne sprawy, tematy, zagrożenia po prostu nie istnieją. Dzisiaj władza nie ma pojęcia, co się będzie działo z Unią Europejską; kiedy powinniśmy zająć się euro; ba, nie wie nawet, kiedy i jaki budżet spójności wreszcie do nas trafi ani na co ma zamiar przeznaczyć te środki. Dlatego o tym milczy, choć dla przyszłości Polski trudno o ważniejsze kwestie. Rząd nie wie, ponieważ dobrowolnie uzależnił swój i nasz los od decyzji, które podejmie ktoś inny. Rząd nie wie, jak mordercze dla europejskiej gospodarki i Polski będą skutki rosnącej na skutek interwencji Europejskiego Banku Centralnego nowej bańki spekulacyjnej, i na wszelki wypadek chowa głowę głęboko w piasek. Rząd nie wie nawet, z jaką recesją będzie musiał się zmierzyć, więc na wszelki wypadek udaje, że w ogóle jej nie będzie. Wszyscy o niej wiedzą, ale widocznie boją się spytać. Podobnie jak w kwestii strukturalnego bezrobocia ludzi młodych.... Zakres tego, czego Tusk nie wie, powiększa się zatrważająco, odkąd przestał panować nawet nad własnym zapleczem parlamentarnym.
W tej wyliczance nie problemy są najważniejsze, ale fakt, że nikt nie jest w stanie zmusić władzy, aby przerwała stan kontemplacji i milczenia. Premier zachowuje się jak hinduski fakir, który swobodnie komunikuje się z zaświatami, a wszyscy wokół chodzą na paluszkach, aby tylko go nie zdenerwować, bo a nuż jakiś gwóźdź wbije się w jego dupę. A skaleczony będzie bardzo zły. Jego ministrowie też albo błogo milczą, albo opowiadają jakieś dyrdymały – minister od kultury potrafi prowadzić pociągi, a minister od pociągów nawet samego siebie nie prowadzi.
Nie ma drogi bez zakrętów, a władzy, która nie potrafi ich pokonać, nie powinniśmy powierzać kierownicy
To jest najgłębiej ukrywana natura istniejącego systemu władzy – bezradność połączona z umiejętnością ukrywania prawdy o niej. W tym układzie niebagatelną rolę odgrywają media, które nie potrafią wydusić z władzy jakiejkolwiek odpowiedzi w żadnej ważnej kwestii.
A ponieważ na głównej scenie, gdzie odgrywany jest dramat, najważniejsi aktorzy milczą, na innych scenach trwa festiwal kabaretów, błazenad, happeningów i ustalania, czy pewna pani aby na pewno nie jest panem. W ten sposób kamufluje się naturę konfliktu, przekonuje, że sprzeczne interesy w ogóle nie istnieją. Prawdę zastępuje się iluzją, a liberalne media stają się w ten sposób pierwszą linią frontu obrony władzy. To one, być może bezwiednie, dla wielu są synonimem złej, bezradnej, kłamliwej władzy; instytucjami wykluczenia i represji, kiedy piętnują, stygmatyzują i zakazują; prefiguracją destrukcyjnego systemu. Są Bastylią, w której więzi się rosnącą społeczną energię niezadowolenia, strachu, braku nadziei.
Rewolucje nie wybuchają na rozkaz
Drepczący bezradnie pod Bastylią tłum nie miał żadnego interesu w tym, aby uwolnić czterech fałszerzy, dwóch szaleńców i jednego zboczeńca. Kompletny absurd. W twierdzy aktualnie nie było żadnych więźniów politycznych, więc całą rewolucyjną ideologię dorabiano na gwałt już po symbolicznych scenach jej zdobycia. Wszyscy byli zdumieni, że ten akt był tak prosty i tak łatwy, bo przecież Bastylia była symbolem nieobalalnej władzy. Systemu, którego nie można zmienić i który będzie trwał po wsze czasy. Na każdą sugestię, że tak dalej być nie może, ówczesne autorytety odpowiadały – nie ma żadnej realnej alternatywy. Otóż tłum pod Bastylią w ogóle nie pytał o alternatywy, nie dociekał, co będzie potem, nie miał żadnego planu, miał tylko jedno – wroga! Miał też wolę i determinację, aby wroga dopaść i zmasakrować. Pierwsza lekcja rewolucji brzmi więc następująco – bunt nie jest stanem skupienia tłumu w jakiejś dowolnej przestrzeni, jest stanem świadomości wroga. Psuja, który przeszkadza, stoi na drodze, kogo trzeba usunąć. Jak i kiedy, to pytania wtórne, podobnie zresztą jest z kwestią: a co my z tego będziemy mieć. Zapomniana prawda rewolucji jest taka, że zdobycie Bastylii nic nikomu nie dało, wewnątrz nie było co zrabować ani zawłaszczyć. Rewolucyjny akt w sensie realnym był całkowicie pusty. O tym zaś, kto się wzbogacił na kamiennych blokach fortecy, historia milczy.
Rewolucyjny sens dopisano więc dopiero później, kiedy okazało się, że kluczem do zrozumienia wydarzeń z 14 lipca jest zakazane w dotychczasowej debacie jedno słowo – przemoc. Oto tłum wyzwolił z siebie moc niszczenia wrogów, a ideolodzy szybko zrozumieli, że jednorazowy akt buntu należy zamienić w nowy system, czyli w instytucjonalizację przemocy. Tak narodziła się alternatywa dla istniejącego systemu, a przemoc w imieniu króla zastąpiono przemocą w imieniu Republiki i ludu. Od tamtej pory mur i jego zburzenie nieodmiennie kojarzone są tylko w jeden, ten sam sposób.
Uważam Rze

Katyń w Trybunale | uwazamrze.pl

Katyń w Trybunale | uwazamrze.pl

Peryskop

Katyń w Trybunale

Ewa Tylus 10-02-2013, ostatnia aktualizacja 10-02-2013 15:00
Nie wskazano winnych zbrodni katyńskiej, a rosyjskie śledztwo w sprawie mordu umorzono.
Już 13 lutego skarga krewnych ofiar katyńskich przeciwko Rosji będzie miała swój finał w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Może to oznaczać, że w końcu doczekamy się procesu z prawdziwego zdarzenia.
To już druga rozprawa katyńska w Trybunale. Tym razem nad sprawą pochyli się 17 sędziów. Skargę popiera sześć organizacji międzynarodowych, w tym Amnesty International. Jeśli teraz Trybunał uzna, że śledztwo Rosjan było niewłaściwie prowadzone, konieczne będzie ponowne jego wszczęcie. Mimo że wiele dokumentów w sprawie Katynia zostało przekazanych Polsce, kluczowe tomy akt są nadal tylko do dyspozycji Rosji. Miejsca zbrodni i szczątki ofiar również są w Rosji. – Współpraca z Rosją była, ale skończyła się, gdy Władimir Putin przejął kluczowe funkcje w państwie – mówi prof. Ireneusz C. Kamiński, główny pełnomocnik skarżących.
Choć mord na blisko 22 tys. polskich jeńców miał miejsce w 1940 r., to dopiero w kwietniu 2012 r. otrzymał kwalifikację prawną: zbrodnia wojenna. Nadał ją we wcześniejszym wyroku Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który stwierdził, że winę za nią ponoszą władze sowieckie oraz że krewni ofiar, którzy domagali się od Rosji prawdy o pomordowanych bliskich, zostali nieludzko potraktowani przez rosyjski wymiar sprawiedliwości. To oni wnieśli sprawę do Trybunału, ale wyrok był dla nich tylko częściowo satysfakcjonujący. Uważają, że zbrodnia ta zasługuje na miano ludobójstwa i chcą, by Trybunał ocenił rzetelność śledztwa katyńskiego prowadzonego w Rosji w latach 1990–2004. Dlatego właśnie skarga 15 krewnych ofiar mordu trafiła do ponownego rozpatrzenia przez Trybunał.
Rosyjskie śledztwo było prowadzone przez Główną Prokuraturę Wojskową Rosji. Zakończyło się umorzeniem. Zamykając to postępowanie, Rosja jako następca prawny ZSRR uchyliła się od odpowiedzialności. Uzasadnienie postanowienia o umorzeniu śledztwa utajniono. Nie wskazano nazwisk sprawców. Klauzula tajności ma – oficjalnie – chronić bezpieczeństwo dzisiejszej Rosji.
Uważam Rze